Siedzę nad zestawem pytań dla mediatorów i się waham. Wcale nie chodzi o to, czy on jest dobry. Wiem, ile czasu w to włożyłam kilka godzin selekcji, układania, dokładania kontekstu. Jeszcze chwila i będzie PDF, który spokojnie mogę wystawić. I właśnie w tym miejscu pojawia się opór. Nie przed publikacją. Przed tym, komu to sprzedaję. Bo to nie są jacyś anonimowi „klienci z internetu”.To są ludzie ze szkolenia. Z tej samej ścieżki. W tym samym momencie drogi. I nagle zamiast myśleć o produkcie, zaczynam kręcić się wokół pytania, które znam aż za dobrze. Czy ja jestem dość dobra, żeby brać za to pieniądze? Tylko że im dłużej na to patrzę, tym bardziej widzę, że to pytanie niczego nie rozwiązuje. Ono tylko odwleka decyzję. Bo pod spodem siedzi cicha nadzieja, że ktoś przyjdzie i to rozstrzygnie za mnie. Da zielone światło albo powie „nie rób tego”. A tu się nic takiego nie wydarzy. Nikt nie przyjdzie mnie uratować. Ale też nikt nie przyjdzie mnie zatrzymać. I to jest ten moment, w którym trzeba przestać pytać o własną „wystarczalność”, a zacząć zadawać sobie pytanie dużo bardziej wspierające: Co ja chcę zrobić? Czy chcę to schować, żeby nie czuć tego napięcia między „jestem jedną z nich” a „mam coś, co mogę sprzedać”? Czy chcę to rozdać, żeby nie musieć konfrontować się z pieniędzmi i tym, co one uruchamiają w relacjach z równieśniakami? Czy chcę po prostu to wystawić i sprawdzić, czy komuś to realnie jest potrzebne, nawet jeśli to są dokładnie te osoby, które siedzą obok mnie? Bo jeśli to uczciwie nazwać, to ja nie sprzedaję żadnej pozycji „wyżej”. Sprzedaję efekt swojej pracy. Swojego filtrowania, porządkowania, nadawania temu formy. I unikanie ceny wcale nie jest neutralne. To też jest decyzja, tylko taka, która pozwala nie brać za nią odpowiedzialności. Jeśli wystawię to za 10 zł albo za darmo, to nie dlatego, że „taka jestem hojna”, tylko dlatego, że uciekam od decyzji. A ja chcę podjąć decyzję. Więc najuczciwsza wersja na dziś jest taka: zrobiłam to, wyceniam, wstawiam do sklepu.